“Na Wschodzie Bez Zmian” Niestety

http://m.wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,106024,10063155,Swiat_wykonal_w_2010_r__5837_egzekucji__Z_czego_Chiny.html

“Lost in blogs”/”Między blogami”

Trzy blogi, trzy życia.

Pierwszy blog – być doktorantką. Być albo i nie być, ciężko ocenić na chwilę obecną.

Drugi blog – żyć w Azji. Już nie, teraz tylko “żyć Azją”

Trzeci blog – być żoną. Tak nowe, że trudno coś tu już zmieniać.

Były Filipiny, był Hong Kong, było Makao, był Istambuł, będzie Uzbekistan. Ale pogubiłam się między blogami/życiami?

Scandinavia meets Asia 3 (!!!)

Nie spodziewałam się, że zrodzi nam się z tego cykl. Proszę jakie zakoczenie…

W pierwszej części napisałam, że chińczycy Ikei nie podrobili bo przecież wszystko i tak produkowane jest w Chinach

Jak bardzo się pomyliłam

Billboardy od miesięcy informują, że wszystko produkowane jest w Polsce. Od wielu lat. Wstyd się przyznać posądziłam belki w swym oku nie widząc.

Internet natomiast informuje, że Chińczycy jednak poszli po rozum do głowy i….

http://deser.pl/deser/1,111857,10043922,Czy_da_sie_podrobic_caly_sklep_Ikea__W_Chinach_wszystko.html

Tack China!

 

 

China on my mind..

Z pisaniem o Chinach nie jest tak łatwo. Jeśli na bok odłożymy cenzurę, permanentny brak czasu i szeroko pojętą Wenę, wciąż zostaje nam kilka czynników wpływających na ostateczny kształt bloga.

Azja jest bezdennym źródłem natchnienia. Na pierwszy rzut oka zwłaszcza. Weźmy takie Delhi. Od pierwszej minuty po wylądowaniu na Indira Ghandi International wszystko – mówiąc kodem rasowego dyplomaty- zadziwia. Można by siedzieć przy komputerze i pisać non stop (co też się robi przez pierwsze kilka dni, w celu uniknięcia przykrego obowiązku wyjścia na ulicę i bycia znokautowanym przez szok kulturowy, a raczej SZOK KULTUROWY)

Zaprawiona w boju wylądowałam na Baiyun International w Kantonie. I znów natchnienie mnie nie opuszczało na krok. Jakie tu są drogi! Jak tu jest czysto! Ile sklepów! Jakie to miasto wielkie! Jak tu nowocześnie i kolorowo!  Jacy ci faceci nieciekawi! Jaki ten fryzjer rewelacyjny! Można by pisać o wszystkim – od potęgi konsumpcjonizmu, jaki zawładną sercami chińczyków, po mięso psa na targu. I właśnie wtedy do akcji wkroczyła cenzura…

Dziś, po 7 miesiącach spędzonych w Azji nic już nie jest takie samo. Po pierwsze coraz mniej zadziwia, a o rzeczach oczywistych pisać sie człowiekowi nie chce. Po drugie, im lepiej zna się Chiny, tym mniej się o nich wie. I problem nie tkwi w tym, że nie umie się udzielić odpowiedzi na pytania, ale że nie wie się już, jakie pytania zadawać.

Gdy zadasz jedno pytanie, najczęściej odpowiedź Cię zadziwi. Następne podąży tym nowym tropem, po czym znów zostanie zmylone, a jeśli nawet uda się dojść do jakiegoś celu, to najczęściej okazuje się, że to zupełnie nie o to nam chodziło..*

Im dłużej tu jestem i im więcej wiem na temat tego państwa, tym mniej jestem w stanie o nim powiedzieć. Informacji i doświadczenia owszem ma się więcej, ale wydać jakikolwiek sąd niesposób. Ludzie oburzają się, gdy mówię, że nie jestem w stanie im powiedzieć jak to jest z tymi prawami człowieka, ale ja po prostu nie jestem..

Po pierwsze nasza kultura i nasze narzędzia poznawcze nie są w stanie pojąć czegoś, co jest zakodowane w innym kodzie kulturowym. Po drugie, wszelkie generalizacje dotyczące Chin, które są tak ogromne i różne z góry zakładają spory błąd statystyczny, więc często nie warto..

“Wiem, że nic nie wiem”, a im więcej wiem tym mniej mogę powiedzieć na pewno. Generalizować jest łatwo, siedząc sobie w Polsce.

Często, gdy nie wiadomo o czym mówić zwraca się człowiek ku pogodzie, i chyba tak zrobię następnym razem, bo ona jedna wciąż i bez ustanku mnie zadziwia!

 

* I jest to mocno irytujące, gdy dotyczy rzeczy tak przyziemnych jak doktorat…

 

 

..do nieba!

Na granicy Chin z Hong Kongiem w Shenzhen jestesmy grzecznie proszeni o to by pastwo opuscic winda. Hong Kong a Chiny to wciaz spora roznica (zarobkowa, kulturowa, manierowa…) zatem na usta cisnie sie “…do nieba!”

Jaśminowe Chiny?

Od wielu dni doniesienia ze świata są zdominowane przez informację z Afryki północnej i Bliskiego Wschodu. Ale nie w Chinach. Owszem, w anglojęzycznym “The Global Times” codzień pojawiają się zdjęcia, raporty i zapisy z paneli dyskusyjnych z naukowcami, ale w pozostałym gazetach informacje są mocno limitowane.

Tam gdzie się ich nie limituje, protesty przedstawiane są skolei często jako wystąpienia, które nawet jeśli w słusznej sprawie, to niosące więcej zniszczenia i zamętu niż pożytku. Oficjalnie władze nie są zaniepokojone ryzykiem tego typu problemów u siebie, ale mimo wszystko dziś wieczorem anglojęzyczne wiadomości w telewizji nadającej z Hong Kongu, w części dotyczącej protestów zostały zagłuszone.

Informacje jakie dochodzą z zachodniej prowincji Xinjiang (butnej i w wiekszości wyznającej Islam, http://www.rfa.org/english/multimedia/uyghursinfo-07102009160345.html) też nie wskazują na to, że władze zdecydowały się potraktować swoich obywateli jak dorosłych. Naloty na bazary z filmami DVD w poszukiwaniu zakazanych informacji na temat protestów w Afryce, prześwietlanie paczek i listów w poszukiwaniu niepożądanych treści, oraz blokada informacyjna znów stały się tam codziennością.

Z wielu powodów uważam, że Jaśmin w Chinach nie zakwitnie, ale Xinjiang to przecież nie Chiny.

No to do dzieła!

Kilka lat temu, bez konkretnego powodu rozpoczęłam pracę w niemieckim przedszkolu. Było to przedszkole waldorfskie.

Dziś, z bardzo konkrentych powodów otworzyłam przedszkole w Chinach. Jest to przedszkole montessorianskie.

Chciałabym Was zadać pytanie “I co Wy na to?”, ale czuje, że najpierw powinnam zastanowić się co JA na to..?

 

ZALEGŁOŚCI – Weselmy się!

Weselmy się i radujmy!
Nie ma się co smucić, trzeba się weselić– śmiać i widzieć jasne strony życia. Weselnie (się) przyszło do mnie w Chinach w postaci nie innej jak wesela. W całym stereotypie szarości, toporności i łamania praw człowieka z jakiego słyną Chiny stwierdziłam, że weselić się trzeba i z radością, w Nowy Rok (nasz) udałam się na wesele.
W Chinach nie ma tak, że coś wypada albo nie. Wypada wszystko poza kilkoma kwestiami, o których jednak najstarszy Chińczyk już nie pamięta. Tradycje i konwenanse owszem są pielęgnowane, o ile mają jakiś głębszy (tu dodam półgębkiem – finansowy) sens. Czy wypada iść na wesele w jeansach i z plecakiem w wielkiej zimowej kurtce, bez zaproszenia, znając jedynie filipiński zespół grający? Naturalnie!
Na (moim) (wielkim!) chińskim weselu, weselić trzeba się było, gdyż innego wyjścia nie pozostawiono. Powodów było wiele i mam problem z dawkowaniem detali (każdy z nich powoduje weselenie z efektami ubocznymi). Gigantyczny park rozrywki pokroju Disney Landu pod Paryżem. Wielkie Centrum Kongresowe przy hotelu utrzymanym w tematyce parku rozrywki – „Dżungla”. Chleb, sól, wódka? Nie…Dziesięć billboardów z czego na dziewięciu Para Młoda, a na jednym …..sponsorzy. TAK!!! Wśród sponsorów znajdziemy: Disneyland, Luis Vuitton, GUCCI i Dior. Loga były, duże, jednak nie aż tak duże jak wielkie maskotki Disneya które witały gości na czerwonym dywanie (a ja w tych jeansach, kurcie i z plecakiem…) w pierwszej części alei (???) prowadzącej na salę weselną.
W ciężkim szoku dotarłam do pierwszego (!!!) stołu powitalnego, gdzie rozdawane były plakietki imienne(!!!) Zaraz za nim ustawiony był szpaler (z) księżniczek. Wszystkie jednakowo piękne. Sztuk około 20. Każdy przybyły otrzymywał od nich prezent. Z prezentem można było maszerować dalej czerwoną aleją do kolejnego stołu w rozwiniętym papirusem gdzie zostawiało się życzenia dla młodej pary. Wszystko to oczywiście przy akompaniamencie kwartetu smyczkowego. Strach pomyśleć, że ja nawet jeszcze nie zaczęłam.
Bo przecież jeszcze obowiązkowa sesja z Młodą Parą na trzech tłach;
i ekran na sali o wielkości 10 na 7 na którym można było poznać historię życia Młodych;
i pokaz mody;
i 500 gości;
i konferansjerka w stylu gali rozdania Oskarów;
i śpiewający Pan młody;
i tańczące druchny,
i świniaki w czerwonymi LEDowymi oczkami ;
i ….chciałby się człowiek obudzić, a oni dalej swoje… Kroją tego sztucznego torta do zdjęć, odgrywają scenki z pierwszego spotkania pod drzewkiem z kryształków Svarowskiego, śpiewają ochoczo piosenki Back Street Boys w wykonaniu filipińskiej kapeli z nowozelandzkim keybordzistą…

Weselić się trzeba. Bez gadania!

Pacjent będzie żył

W dniu dzisiejszym się udało. Internet postanowił podjąć współpracę z programem zwalczającym cenzurę. Chyba się mu znudziło odmawianie współpracy wszystkimi poprzednimi jakie mu proponowałam! A zatem, wszem i wobec ogłaszam: WRÓCIŁAM! :)

Scandinavia meets Asia 2

Twarde dowody

Lars Tunbjork for The New York Times

Starsze wpisy »
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.